Najnowsze komentarze
Bajera, ja postaram się w tym roku...
@ Gie-na-2oo tak juz od dłuższego ...
Chyba masz czytelnika z bolem tylk...
@Okularbebe - Dzięki. Się kreca na...
Gratulacje, niech daje dużo radości.
Więcej komentarzy
Moje linki
<brak wpisów>

10.08.2021 10:50

Całe życie z (Moto)wariatami

Ogólnie można nazwać mnie introwertykiem. Nie ekstremalnym, bo nie unikam towarzystwa ale nie przeszkadza mi bycie ze samym sobą i je lubię. Jednak czasem, to jest po prostu na dłuższą metę nudne.

A jak to bywa w życiu motocyklisty, kiedy objeździ już prawie każdą godną uwagi drogę w swojej okolicy, zaczyna szukać innych dróg.

Inne drogi najłatwiej znajduje się, poznając innych motocyklistów z innych okolic. Dlatego szukamy kontaktu z tymi innymi motocyklami i czasem trafiamy na takich samych popaprańców jak my sami. Ujmując krótko - zafiksowanych na jazdę jednośladem, spędzanie każdej wolnej chwili w siodle motocykla, w poszukiwaniu nowych dróg, nowych miejsc, nowych wrażeń.

I tak trafiłem na Motowariatów.


Szukałem nie tyle fajnych szlaków gdzieś dalej od domu tylko ludzi, którzy być może już owe szlaki znają lub po prostu jeżdżą gdzieś dalej niż dookoła komina i wiedzą gdzie warto pojechać i przede wszystkim - Z kim warto pojechać, bo to czasem ma większe znaczenie, niż to gdzie się jedzie.

Na początku, typowo jak to u mnie z zawieraniem nowych znajomości nie obyło się bez małych tarć, bo tradycyjnie zostałem źle zrozumiany. Znalazłem grupę, przywitałem się na fanpage’u i zwyczajnie zaprosiłem na weekend na przejazd zaplanowaną trasą w moich okolicach, którą opracowałem po tym jak już zjeździłem każdy zakątek i wybrałem ulubione kawałki i miejsca.

Okazało się, że kilka osób nie zrozumiało dobrych intencji a przez jedną zostałem nawet określony jako podejrzany typ spod ciemnej gwiazdy, który chcę omamić i okraść kogoś, kto akurat zdecydowałby się przyjechać. No cóż...Nie oceniam toku logicznego kogoś, kto sądzi, że umawiając się w najbardziej odkrytym, publicznym parkingu przy centrum handlowym można mieć w planie złe zamiary ale ok, może za mało w życiu widziałem i przeżyłem. 

Ostatecznie stanęło na tym, że raczej powinienem się pojawić ja jako pierwszy, spotkać z kilkoma osobami z grupy, dać się poznać, pokazać, że sroce spod ogona nie wypadłem i wówczas okaże się czy jestem warty tego, by poświęcić mi chwilę czasu.

Więc spontanicznie, jeszcze tego samego dnia, kiedy rozmawiałem z jednym z założycieli grupy wskoczyłem na “koń” i poleciałem 120km do Ulm. To było też trochę przekorne z mojej strony i chciałem chłopakom pokazać, że te 120km to naprawdę żadna odległość, jeżeli uznamy, że warto po prostu pojechać.

Tak poznałem niejako trzon grupy “Motowariaty”. 

Kris na Fazerze 1000, Martin na Goldasie, Michał na CBR500, Bartek na Bandicie to był niejako komitet powitalny. Ale co to był za dzień! 

Zwykle jest tak, że spotkania z grupą kompletnie nieznanych ludzi bywają nieco sztywne, silnie zdystansowane. Tu sztywność trwała chyba mniej niż minutę a dystans zaczął szybko znikać gdy tylko ruszyliśmy w drogę po okolicznych trasach. Chłopaki urządzili mi przejazd praktycznie dookoła całego Ulm i okolic. Trwało to na tyle długo, że solidnie podpadłem małżonce wracając przed 1:00 w nocy. Z przeprosinami od “Motowariatów”, biorących całą winę na siebie. Nie pomogło ale cóż… Show must go on.

Kolejne spotkanie to już od dawna planowany przez grupę wyjazd na Timmelsjoch. To taka przełęcz na granicy Austrii i Włoch. Takie powiedzmy regionalne Stelvio. Pogoda na ten dzień zapowiadała się mało optymistycznie ale kto by wierzył prognozom.

Wyjazd z Ulm bardzo wcześnie rano, dlatego ja, mając do pokonania 120km dojazdu musiałem się zerwać bardzo wcześnie i rześki wskoczyłem na Apke i pustymi drogami pognałem w kierunku umówionego miejsca spotkania. Dzień zapowiadał się doskonale. Słońce już wzeszło i powoli zaczęło mnie ogrzewać. I w dobrym samopoczuciu dotarłem do Ulm. Tu w punkcie zbornym poznałem kolejnych członków grupy -  Krzyska na Sportsterze, Jarka na Indianie, Zibiego na Fat Bobie, Mirka na V-Strom 1000. Później dołączyli również ci, których poznałem za pierwszym przyjazdem. Krótko po 6:00 wyruszyliśmy w grupie 8 motocykli. 

Krótko przed wyjazdem zaczęły nas dopadać wątpliwości co do fałszywości prognoz pogodowych. Chmury zbierały się dosyć szybko, robiło się raczej szarawo niż słonecznie. Niestety tak bywa czasem z planami, że nawet najlepsze upadają pod naporem matki natury. Nie dalej jak 20 km za Ulm dopadły nas pierwsze krople. Zjechaliśmy na stację. Kto musiał ten dotankował, większość skosztowała pierwszej porannej kawy, ja i kilka innych osób zjadło wreszcie śniadanie. Wyglądało też na to, że pogoda bardziej chciała nas postraszyć niż się to zapowiadało. Ruszamy dalej.

Nie trwało dłużej niż 5 minut, kiedy lunął prawdziwy deszcz. Na kolejną stację wjeżdżaliśmy już kompletnie przemoczeni. Niektórzy na tyle skutecznie, że nie musieli nawet nic wykręcać, woda po prostu się z nich wylewała. Nie wyglądało to najlepiej. Jeszcze mniej pocieszająca była informacja Martina, że przy złej pogodzie przełęcz będzie zamknięta. Trudno było zdecydować, czy warto jechać taki kawał drogi i ewentualnie pocałowac szlaban. Po ponad godzinnym postoju i oczekiwaniu aż prognozy pokryją się z tym co zastało nas w drodze (radary pogodowe nie widziały opadów) zapadła trudna decyzja o odpuszczeniu wyjazdu. Wówczas stało się to, czego najmniej bym oczekiwał a co ma miejsce tylko w świetnie zgranych i zżytych grupach. Pojechaliśmy na teren firmy jednego z grupowiczów, by każdy choć trochę obsechł, ogrzał się i nie musiał wracać do domu zmoknięty jak kura bez kurnika. Na miejscu przy piwku lub gorącej kawie/herbacie zasiadając a jakże, przy okrągłym stole spędziliśmy kilka godzin na rozmowach o wszystkim i niczym, jak w rodzinie. Nieudany wyjazd ale świetne zwieńczenie dnia. Później Kris, który odprowadzał mnie w kierunku mojej trasy powrotnej (nadal nie znam Ulm, nie miałem nawigacji, więc spore szanse, że się sam zgubię) postanowił mi jeszcze pokazać ciekawy, kręty odcinek drogi nieopodal. Tam trochę się wyszaleliśmy, po czym ruszyliśmy w kierunku autostrady, przy której się rozjechaliśmy. Szkoda tylko, że z pewnym opóźnieniem ale pogoda naprawde zrobiła się niezła, wręcz idealna na jazdę motocyklem. Ostatecznie wyszło, że tego dnia nie głupio by było ruszyć w moje strony bo według relacji małżonki, u nas spadło kilka kropel na krzyż i nawet dobrze nie zmoczyło asfaltu. No cóż, innym razem.

Kolejny weekend to wyjazd na Demonstracje w Stuttgarcie. To duży zlot gwiaździsty motocyklistów z całej niemal Bawarii a nawet spoza landu. Międzyczasie do grupy Dołączyło kilka kolejnych osób, które zdecydowały się na ten wyjazd. A podczas dojazdu do Stuttgartu poznałem Marcina i jego XJR1300 w przepięknym szmaragdowym kolorze. W pierwszej kolejności poznałem też Wojtka i Ole. On na CBR600 ona na Gixerze 750 oraz zakręconego na punkcie customizingu Jarka, który przyjechał na własnoręcznie przebudowanym Heritage’u, który wzbudzał niemałe zainteresowanie niemal wszystkich jeźdźców udających się na Demo. Nie bez przyczyny, bo ten H-D to naprawdę kawał niecodziennej sztuki na kołach.

O samym Demo nie ma co wiele się rozpisywać. 10tys. motocykli i jeszcze więcej motocyklistów zjechało się w jedno miejsce, by pokazać, że jest nas wielu i głupie pomysły rządzących będą zwykłą oznaką dyskryminacji bardzo dużej grupy ludzi, którzy, jakby nie patrzeć są też wyborcami. Na pewno przy najbliższych wyborach wezmą pod uwagę od kogo wyszedł pomysł zakazu jazdy motocyklami w weekendy albo kolejne obostrzenia normami hałasu, które jakimś cudem nie obejmują supersportowych samochodów z przerobionymi wydechami, które są w stanie zagłuszyć sporą grupę motocykli.


Veni,Vidi,Vici i do domu.

W drodze powrotnej, krótko przed Ulm dopadła nas ulewa stulecia. Deszcz siekał tak, że miało sie wrażenie, że jestesmy bombardowani grudami lodu a wiało miejscami tak silnie, że nawet 400 kilowego Goldasa Martina potrafiło przestawić na drodze o kilkadziesiąt centymetrów. Niestety nie było nawet gdzie zjechać, by się ukryć i przeczekać najgorsze. Musieliśmy przeć na przód byle w ogóle gdzieś dojechać.


Przed samym Ulm część grupy się rozjechała i każdy pognał w kierunku suchego garażu i ciepłego domu. Pozostali, czyli dwóch Marcinów, Michał, Kris i ja nie mieliśmy żadnych większych planów na resztę dnia. Stanęło na tym, że jedziemy do Marcina, który dysponował sporą ilością miejsca, gdzie możemy dać obeschnąć sobie i maszynom. I znowu, reszta dnia to typowe wyłącznie dla zgranych drużyn posiedzenie przy piwie i pizzy, spędzone na mniej lub bardziej życiowych opowieściach. Tego dnia wróciłem mniej mokry niż zwykle, bo miałem ze sobą przeciwdeszczowy kondom, który całkiem nieźle się spisał i przeszedł chrzest bojowy. Niestety po drodze cały czas lało niemiłosiernie i powoli miałem serdecznie dosyć tego deszczu w tym sezonie.

Kolejny grupowy wyjazd to niemal całkowity spontan. Tym razem prognozy nie mogły się mylić. Miało być pięknie, słonecznie, ciepło. Zbiórka w Ulm, kierunek - Bodensee. Nigdy nie byłem, nie mogłem sobie odmówić.


Na miejscu pierwszy raz same znajome twarze. Oba Marciny, Wojtek z Olą, Michał, Bartek, Zibi, Mirek no i ja. Wreszcie naprawde w pełni udany wyjazd, podczas którego nikt nie zmókł i wszyscy byli zadowoleni. Na miejscu przed odjazdem z parkingu czekała na wszystkich niemiła niespodzianka w postaci informacji o rychłym nałożeniu kary. Żaden z nas tego dnia nie spodziewał się, że za parkowanie m.in. pod drzewem i nie zajmowanie miejsca parkingowego miejscowość, którą turystycznie odwiedziliśmy, będzie chciała nas skroić na więcej kasy, niż mielibyśmy zapłacić za tankowanie do pełna naszego motocykla. Na takie kwoty w języku polskim są pewne określenia. Jedno jest pewne, najwyraźniej w dobie Covid-19 owa miejscowość jakoś nieszczególnie troszczy się o to by turyści ich jakoś chętniej odwiedzali. Nie jedźcie więc do Meersburga nad jeziorem bodeńskim, bo tam was nie chcą, skoro za niewielkie roztargnienie, jakie towarzyszy każdemu turyście po dotarciu do celu, trzeba zapłacić naprawdę sporą kwotę, która dodatkowo nijak nie odpowiada wadze przewinienia. Prawdopodobnie nad tak dużym jeziorem są bardziej przyjazne miejscowości do odwiedzenia.


Pomijając kwestie parkingu, tego dnia wróciłem późno ale w pełni usatysfakcjonowany. Tak, to był dobry dzień. I świetna, choć spontaniczna wycieczka. Podobno często takie sa najlepsze.

W kolejnych dniach pogoda dała się wszystkim we znaki. Niekończące się opady, burze i nie wiem co jeszcze. W wielu częściach Niemiec nastąpiły katastroficznych rozmiarów powodzie, dosłownie wszystko wskazywało, że tego lata już nie będzie. Przesiedzieliśmy większość w domu, każdy ewentualnie jeśli mógł, korzystając z chwili bez deszczu na rundki dookoła komina.

Kolejne grupowe spotkanie miało nastąpić przy okazji obchodzenia dnia św. Krzysztofa, na święceniu motocykli. Pogoda miała być tego dnia w miarę łaskawa. Spotkanie odbyło się przy polskim kościele w Ulm, gdzie organistą jest Krzysztof ujeżdżający Sportstera 1200. Postanowiłem zabrać całą swoją motocyklową rodzinkę by mogli poznać ludzi z grupy “Motowariaty”, gdyż sami niedługo mieli już na pełnych prawach dołączyć do motocyklowej rodziny. Kiedy to piszę, w przypadku małżonki to już jest fakt dokonany. Z przyczyn czysto logistycznych a także z uwagi na niewyraźną pogodę pojechaliśmy jednak samochodem.

Na miejsce zjechało się sporo członków grupy. Po raz kolejny kilka nowych twarzy. Szkoda jednak, że ksiądz zamiast poświęcić motocykle postanowił ograniczyć się do chlapnięcia na kluczyki, nie wychodząc poza mury kościoła. Tak więc nic straconego dla tych, którzy nie przyjechali motocyklem.


Dalej miało być posiedzenie w knajpie przy jakimś piwku (naturalnie, że 0,0%) ale temat nie wyszedł, bo wszystko, co warte uwagi było zamknięte. Staneło na tym, że tym razem Zibi wraz z małżonką zaprosił w swoje progi. My jednak postanowiliśmy się pożegnać i udać w kierunku domu, choćby dlatego, że nie byliśmy objęci ryzykiem moknięcia w deszczu, gdyby taki spadł. A tradycyjnie już tego lata - spadł i to dość srogi w okolicy Augsburga.

Wprawdzie sezon można powiedzieć, że dopiero w połowie i wyjazdów będzie jeszcze wiele, choć tegoroczne lato pogoda nas nie rozpieszcza, to uznałem, że już teraz warto wspomnieć i pokrótce opisać tą grupę ludzi, z którymi pewnie dużą część jeszcze tegorocznego sezonu i każdy kolejny spędzę. Dlaczego? Przecież jestem po części introwertykiem.

Tak. Ale to mi przechodzi, gdy na swojej drodze spotykam ludzi, którym jednak warto poświęcić czas, bo łączy nas ta sama pasja, mamy wiele wspólnych tematów, możemy nie tylko wspólnie jeździć i posiedzieć snując opowieści różnych treści. Wśród których czuję się po prostu dobrze, swojo, nie muszę nikogo udawać, niczego udowadniać. 


O których już wiem, że kiedy będę potrzebował pomocy, to w miarę możliwości ją otrzymam i sam będę mógł jej udzielić gdy zajdzie taka potrzeba.

Prawdę mówiąc “Motowariaty” to lustrzane odbicie ludzi, których poznałem zanim nastąpiła moja trwająca 15 lat przerwa od motocykli. Zbliżone charaktery, poczucie humoru, tematy o których możemy pogadać, ta sama ciekawość rzeczy i świata, często nawet zbliżone podejście do życia, w którym już dawno doszliśmy do wniosku, że można spędzić je lepiej niż siedząc przed telewizorem i zamiast snuć to spełniać swoje marzenia. 

Komentarze : 0
<ten wpis nie był jeszcze komentowany>
  • Dodaj komentarz