Najnowsze komentarze
Bajera, ja postaram się w tym roku...
@ Gie-na-2oo tak juz od dłuższego ...
Chyba masz czytelnika z bolem tylk...
@Okularbebe - Dzięki. Się kreca na...
Gratulacje, niech daje dużo radości.
Więcej komentarzy
Moje linki
<brak wpisów>

07.05.2021 22:58

Trzy dni Aprili

Przyszedł maj a z majem przyszła Apka, czyli Aprilia, o której już wiecie. Jako, że w maju nadal mamy pogodę bliższą marcowi lub kwietniowi czas kilka słów napisać o bliższym zapoznawaniu się z nabytkiem.

Znamy się ledwo 3 dni ale w kilometrach to już ponad 300, więc średnia całkiem niezła. Głównie dlatego, że Apke znalazłem ponad 150 km od miejsca zamieszkania, które w jedną stronę musiałem przemierzyć (właściwie chciałem) na niej a nie z zapakowaną do busa.

Dzień pierwszy

Te pierwsze 150km z okładem już dało mi dość konkretny pogląd na to, co właściwie kupiłem. Kolejne kilometry, zrobione także z synem jako “plecakiem” dały mi już trochę odpowiedzi, na to jaka Apka jest.

Mam nadzieję, że niedługo pogoda się poprawi i nie bede musiał nucic pod nosem słow piosenki Wlodzimierza Nahornego - Naprawde jaka jestes, nie wie nikt... z utworu “Jej portret”. A na razie trochę to tak wygląda. Przejdźmy jednak do jazdy.

Droga powrotna to po części drogi lokalne, kawałki tzw. landówek i ok 25 kilometrów dość kiepskiej jak na warunki niemieckie autostrady. Na landówkach jest nudno, tu się nie ma o czym rozpisywać, bo po prostu się jedzie, najczęściej prosto przed siebie lub po niewymagających łukach, z którymi poradziłby sobie ktoś nigdy motocyklem nie jeżdżący dosiadając najgorszego z możliwych strucli drogowych. Pomijamy.

Drogi lokalne. Tu już się trochę działo.

Nie poważyłem się na zabawę z aplikacją dającą mi możliwość uruchomienia panelu nawigacji na wyświetlaczu. Nawet nie mam co do tego pewności, czy mam właśnie taką odmianę, bo Shivery były w dwóch wersjach. Z nawigacją i bez. Do tych bez wystarczy dokupić dodatkowy moduł i Navi i tak będzie. Nieważne. Nie miałem, więc w większości przypadków musiałem jechać za moim autem powożonym przez małżonkę. 

Drogi prawie nie znałem, poza paroma charakterystycznymi momentami, które zdołałem zapamiętać po dwukrotnym jej przejechaniu. Raz na oglądanie sprzęta i raz jadąc po odbiór.

Wiedziałem, że po drodze jest kawałek fajnych, dość ciasnych zakrętów przechodzących raz po raz z prawego do lewego i na odwrót. Przejechanie takiego odcinka na nowo nabytym motocyklu po drodze, której naprawde sie nie zna mogło być albo wyzwaniem albo dziecinną igraszką. 

Okazało się dziecinnie łatwe. Tempo utrzymywane w zakresie 100-120km/h było bardzo optymalne. Każdy z zakrętów nie stanowił najmniejszego wyzwania, po prostu patrzysz gdzie chcesz jechać, Apka wykonuje to niemal intuicyjnie. Niemal, bo to chyba bardziej mi brakowało pewności niż Apce. Chwilę po tym wpadam na nudną “landówkę”, na której doganiamy “TIRa”. Bawię się więc opcjami wyświetlacza, klikam, czytam, sprawdzam. Za nami około 20km więc na spalanie nie ma sensu zwracać uwagi. Za to robi się jakoś zimno. Apka na komputrze pokazuje 10,5st. To by się zgadzało, bo ubrany jestem raczej na temperatury powyżej 12st.

Trafia się okazja do wyprzedzenia ciężarówki. Z 5tki, bez przebijania, odwijam. Dobrze, że żonka z przodu jakoś tak zwlekała i nie zajechała mi drogi, bo na trybie Tour moto zawinęło się błyskawicznie. Kończę wyprzedzanie mając na budziku 140km/h i...Muszę czekać aż mój Ford za mna sie pozbiera i mnie dogoni.

Potem kawałek dwupasmowy. Za nami nic, przed nami nic, robimy sobie mały wyścig w granicach rozsądku, czyli równam się z Fordem przy ok 100km/h na 6 tce. na komendę ja odwijam, żona wciska. Ford pompuje 300KM raźnie ale wystarczy mu to na 1,5 metra przewagi na dystansie może 10 metrów. Powtarzamy próbę, tym razem odwijam z 5-tki. Ford bez szans. Kończymy tą bezsensowną zabawę. Może gdybym siedział za kierownicą Forda to Apka miałaby trudniej (wyczucie pompowania turbiny jest istotne w tym aucie) ale nie wydaje mi się, by miało to wiele zmienić. Najwyżej wydłużyłby się dystans walki. O jakieś dodatkowe 10 metrów.

Na horyzoncie wisi niemal granatowa chmura. Z daleka widać smugi lejącego z niej deszczu. Asekuracyjnie zmieniam mapę na Rain. Apka sie troche uspokaja, reaguje lekko ospale w dolnym zakresie ale kiedy tylko przeskoczy 5 tys. wraca niemal do normalności. Właściwie wystarczyłoby zbić bieg, by otrzymać te same efekty przyspieszania co na trybie Tour. 

Jedzie się lekko, niemal przyjemnie, gdyby tylko nie ta temperatura, która już spadła do 9 st. i po prostu zaczynam się z lekka telepać z zimna zmaiast cieszyć jazdą. A właśnie mamy wjechać na autobahn. I będziemy jechać pod wiatr. Jakimś cudem jednak żonie coś się na nawigacji pomieszało i wprawdzie wyjechała na autostradę ale w kierunku przeciwnym do tego, w jakim mieliśmy się udać. Teraz już jestem nieco sfrustrowany, bo wychodzi, że będę marzł nie tylko bardziej ale i dłużej. Wychodzę szybko na prowadzenie i rozpoczynam pogoń do najbliższego zjazdu, gdzie będziemy mogli obrać właściwy kierunek. Z dobrych wiadomości, wiatr mam w plecy, więc zimno przestaje być dokuczliwe. Co więcej, mimo braku owiewki i wyświetlacza ustawionego pod nieco ostrym kątem, nieco przywołującego pod tym względem ten z Huskiego, tu nie ma żadnych turbulencji. Jedynie jednostajny ale też mocno rozbity przez reflektor i wyświetlacz napór jednolitej strugi powietrza. Prawie przyjemny  i nie sprawiający większego problemu przy jeździe ok 140km/h. A więc da się i Husqvarna powinna się tego nauczyć.

Około 10 kilometrów dalej jest zjazd, potem przelatujemy pod autostradą na wjazd by udać się we właściwym kierunku. Jazda pod wiatr nie jest jakoś bardziej nieprzyjemna poza zbyt niską odczuwalną temperaturą. Ale nadal da się utrzymać tempo 120 km/h. Zjeżdzam na najbliższa stację.

 

Na stacji załatwiam potrzebę i biorę od syna bluzę z materiału nieprzepuszczającego powietrza. To mnie uratowało podczas dalszego pokonywania kilometrów po autostradzie. Znowu się zrobiło ciepło i przyjemnie. Na tyle, że wpadam na głupi pomysł.

Zmieniam mapę na Sport. Czekam na koniec ograniczenia do 120 i odcinek o lepszej nawierzchni. Jest, do tego kompletnie pusty. Odwijam. Apka ochoczo wyrywa do przodu. Przy 170 przesuwam się maksymalnie na tył i kładę na zbiornik. Struga powietrza idzie górą, u mnie cisza, odwijam bardziej. Wskoczyło 200 bez wysiłku i zająknięcia. Bez wibracji, oznak wężykowania czy czegokolwiek. Apka pruła powietrze jednocześnie idąc równo i stabilnie jak po szynach. Druga próba, skoro nadal nic przede mną. Odpuściłem przy 209 km/h bo kątem oka zauważyłem tablice informujące o naszym zjeździe na landówkę. Forda prawie nie widze w lusterkach, więc muszę odczekać. Druga próba niczym nie różniła się od pierwszej. Szybko i stabilnie, bez wysiłku i jakichkolwiek sensacji. A do tego zaskakująco wygodnie. I to wszystko jadąc pod wiatr.

Okazało się, że rozległa kanapa i wysoki schodek przechodzący w siedzenie dla pasażera robią tu bardzo konkretną robotę i spełniają swoje zadanie lepiej niż mógłbym przypuszczać. A wyświetlacz jest na tyle duży i tak dobrze zabudowany, że w pozycji “na scigacza” odbija strugi powietrza tak wysoko, że tu u mnie panowała kompletna cisza i spokój. Mogłem słuchać pracy silnika, kontrolować wskazania wyświetlacza i cały motocykl. Nie musiałem też kombinować z patrzeniem przed siebie, z czym spotkałem się już na innych motocyklach nawet quasi sportowych. Są takie motocykle i są dziwnie zbudowane, bo niby można na nich przyjąć pozycję na kompletny scyzoryk ale wówczas prawie nie da się patrzeć przed siebie bez załamania karku. Na Aprili tego nie ma. Miejsca jest tyle a usytuowanie w tej pozycji takie, że po prostu leżymy sobie na tym wysokim zbiorniku patrząc bez problemu przed siebie a tyłek mamy gdzieś tam daleko wysunięty aż do zapierającego go schodka na siedzeniu. Wyprofilowanego też tak, że trzyma cały tyłek w jednym miejscu, podpiera go na całej szerokości i to całkiem wysoko.

 

Dalej pozostała już nudna “landówka” przez około 60km. Nie ma o czym pisać, bo nic tu się nie działo. Bywało tak nudno, że robiłem sobie slalomy jadąc 100km/h co Apce przychodzi bez trudu i nie stawia żadnego oporu, w przeciwieństwie choćby do opisywanego wcześniej Triumpha. Do tego nawet po ponad 100km nadal z wielką przyjemnością wsłuchuję się w odgłosy wydechu. Ten seryjny element okazuje się majstersztykiem akustyki. Syn mi powiedział potem, że jak na autobahnie odwijałem tak, że znikałem im z pola widzenia to i tak było mnie słychać dopóki nie zamknąłem gazu. Wychodzi, że nawet będąc 2 kilometry od nich, jadących z zamkniętymi szybami i pewnie słuchających muzyki, wciąż byłem słyszalny. A mi to nie tylko nie przeszkadzało, nie było za głośno, nie czułem potrzeby posiadania stoperów. Przeciwnie, wciąż chciało się tego ryku z tyłu słuchać. A więc Yamaho, Kawasaki, BMW, Hondo, Suzuki - Da się! Do tego okazało się, że przy nagłym puszczeniu gazu lub redukcjach chrypie, strzela i warczy niezależnie od tego na jakiej mapie silnika się jedzie. Jak się zrobi pogoda to chyba Wam specjalnie nagram film. To trzeba usłyszeć. Poprawia humor i powoduje banana. I na przechodniów w mieście działa jak gorgona zwana Meduzą. Kamienieją. Na chwilkę ale mało kiedy zdarza się, by ktoś nie zwrócił uwagi i nie przystanął próbując odgadnąć, co go właśnie mija, gdy akurat Apka sobie chrapnie z wydechu. Nie jestem ekshibicjonistą ale te momenty to mega czad. Tym bardziej, że jest niezależny od przedziału wiekowego. Zamurowuje tak samo młodych jaki i starszych. Dziewczyny i chłopaków, dojrzałych facetów, przygarbionych dziadków jak i dojrzałe panie domu czy bizneswoman a nawet babcie z oznakami wczesnego parkinsona. No i oczywiście dzieciaki, ale one reagują chyba na każdy motór.

Dzień drugi.

Syn od pewnego czasu mnie męczył abby pojechać do Louisa by rozwiązać problem parującej szybki zaopatrzonej w pinlock. Problem jest na tyle poważny, że szybko zaparowuje całkowicie w krótkim czasie, tak jakby pinlocka w ogóle nie było. Już raz byliśmy z tym problemem. Coś tam niby poregulowali, ponaprężali, podociskali. Problem został. A jest tym gorzej, że młody musi jeździć w okularach więc właściwie po pierwszych metrach widzi dosłownie NIC bo ma zaparowaną szybę i okulary. Drugi dzień z Apką i jazda z plecakiem. Musimy jechać do miasta odległego o ok. 20km. Niedaleko ale mimo to kawałek. Tłumacze młodemu, że Aprilia ma tu po bokach takie fajne uchwyty, żeby sobie spróbował. Mówi, że nie, że woli jak na Suzuki opierać się na baku. Jest problem. Po obu stronach. On opierając się na baku praktycznie wisi na mnie, do tego bak ma taki kształt i jest na tyle śliski, że nie bardzo można się na nim opierać. Po jakimś czasie decyduje się na trzymanie uchwytów. Robi się znacznie lepiej. 

Jazda we dwóch mocno różni się od tego co przeżywam na Suzuki i Huskim. Na SV pasażer siedzi na tyle wysoko, że mocno przemieszcza środek ciężkości w górę. Na tyle, że czasem, szczególnie w mieście, na światłach i podczas zatrzymywania się robi się kierującemu nieprzyjemnie, bo musi chwilkę powalczyć o utrzymanie pojazdu w pionie. Na Huskim natomiast siedzonko jest malutkie, więc pasażer siedzi prawie na plecach kierującego. Niezbędne byłoby też podkręcenie napięcia tylnego amortyzatora, bo wciąż jest wrażenie unoszenia przodu. Oba motocykle z dodatkowym balastem radzą sobie różnie. Suzuki z mniejszym wysiłkiem ale jednak odczuwalnym. Huski na starcie musi sie naprawde sprężać i ewidentnie nie lubi plecakowania, bo neutralny staje się dopiero powyżej prędkości miejskich. Za to nie odczuwa się na nim tak bardzo dodatkowej masy z tyłu podczas manewrów czy zatrzymywania. Jak jest na Shiverze?

Na początek muszę o tym napisać - jestem najlżejszym członkiem rodziny. Dodatkowy balast na tylnym siedzeniu w postaci syna to więcej niż ważę ja. Do tego jest wyższy i siedzi odrobinę wyżej, więc teoretycznie wysoko ustawiony środek ciężkości wędruje w górę. I co?

I nic. Pierwsze kilometry po mieście to nauka reakcji i przyzwyczajanie się. Apce właściwie nie robi różnicy dodatkowy balast. Zwija się tak jakby z tyłu nikogo nie było. Jakby nie przybyło ani jednego dodatkowego kilograma do targania. Tu jest po prostu wzorcowo i cóż...Czuć, że różnica mocy i momentu względem dwóch mniejszych motorków jakie mam robi ogromną robotę. Te 20KM i o tyle samo więcej niutków zmienia całkowicie sposób podróżowania z dodatkowym ciężarem. Na o wiele przyjemniejszy. Właściwie Shiver jest drugim motocyklem po SuperBlackbirdzie, na którym nie czuję obecności pasażera pod względem osiągów.

Co do prowadzenia, manewrów, hamowania czy zatrzymywania, po pierwszych lekkich problemach wynikających bardziej z moich obaw i braku objeżdżenia potem jest podobnie jak w przypadku ruszania i przyspieszania. Zero problemów. Właściwie o tym, że mam pasażera przypominają mi kolana, którymi od czasu do czasu syn mnie ściska ciut za mocno. I to tyle. Jeździliśmy potem po mieście, rondach, parkingach, zawracaliśmy, wyjeżdżaliśmy z posesji i wszystko, każdy jeden manewr, każde skręcanie nawet przy prędkości spacerowej odbywało się bardzo naturalnie, prawie tak jakbym jechał sam. 

Młody ostatecznie stwierdził, że dla niego kanapa jest ciut maława ale i tak najwygodniejsza ze wszystkich naszych motocykli. A uchwyty ostatecznie spełniaja swoja rolę.

Właściwie więc jedynym negatywnym objawem jazdy z pasażerem był...skok spalania. Dokładnie z 4,7 po przejechaniu z miejsca zakupu do 5,0/100 km po jeździe we dwoje w tym sporo po mieście i kawałkiem po autostradzie w granicach 150 km/h.

Finał z problemem nadal daleki od rozwiązania. Wymieniono mu szybkę i pinlock. Niewiele to zmieniło, choć jest odrobinę lepiej. Ale cóż...w kasku za prawie 450€ nie ma prawa tak być. Przynajmniej moim skromnym zdaniem. Podsumowując - nie polecamy zakupu HJC RPHA70 nawet gdyby był w super promocji. Chyba, że ktoś z was ma ten kask i wie jak sobie z tematem poradzić to prosze o info. Na razie zapadła decyzja o reklamacji lub żądania wymiany na inny model innej marki, w której pinlock spełnia swoje zadanie. Zobaczymy.

Dzień trzeci.

Dziś jadę sam. Pogoda bardziej marcowo-kwietniowa ale właśnie wychyliło się słońce, podgrzało atmosferę, trzeba korzystać. Szybko się przebieram, w razie czego ubieram się nieco cieplej niż wymagają tego obecne warunki pogodowe i w drogę.

Przebijam się przez całe miasto w godzinach powrotów z pracy. Fajnie nie jest. Trzeba uważać na tych co bardziej zmęczeni i nieco jakby ignorują nie tylko mnie ale niemal każdego użytkownika drogi. Niektórzy robią głupie rzeczy jak np. toczenie się 10 km/h w miejscach, gdzie nie ma takiej potrzeby (brak przejść, skrzyżowań, wyjazdów z posesji itp.), albo się bawią telefonem albo są totalnie wyprani i nie maja ochoty nawet na jazdę do domu. Nie wiem, nie wnikam, jadę swoje. A właściwie turlam za resztą. To, że ktoś nie włączył kierunkowskazu jest teraz rzeczą normalną. To, że gość pojedzie na czerwonym już nie bardzo. Dobrze, że byłem z tyłu a nie na przecinającej jego tor… To ten sam gość, który minutę wcześniej postanowił puścić rowerzystę, kiedy ja miałem wyjechać z bocznej ulicy i już prawie wystartowałem, gdy ten się rozmyślił i dał do przodu pełnym ogniem. Gdybym spóźnił reakcje pewnie byśmy się spotkali i byłoby po przygodzie z Apką. Nie powiem, podqrwił mnie a numer z przejechaniem na czerwonym skwitowałem na kolejnych światłach pokazaniem mu, że jest debilem, gdy akurat patrzył w lusterko. Chyba nie dotarło.

Wyjeżdżam za miasto. Jedna z moich ulubionych lokalnych dróg. Choć asfalt mógłby być lepszej jakości.

Najpierw wspinaczka po lekkich łukach do skrzyżowania, na którym muszę jechać w lewo. Tu nuda, bo przede mną puszkersi ciągle, więc tempo 80. Wjeżdżam na docelowy odcinek. Pusto. Krótka prosta na początek, napędzam się do 120 i tak wpadam w silnie nasmołowany po mojej stronie całkiem konkretny prawy. Lekko odpuszczam bo zaraz za tym zakrętem jest wjazd na lewo w jakąś uliczkę, gdzie juz mi sie zdarzyło wyskoczenie zza zakrętu i stwierdzenie obecności stojących samochodów, bo ktoś właśnie chciał w lewo. Ciepło mi się zrobiło wówczas, nie chcę tego powtarzać. Ale nikogo nie było. Teraz prosta i rollercoaster. Najpierw ostro w dól i potem tak samo stromo w górę. Na górze wpadam w lekki prawy przechodzący w ostry lewy prowadzący do nieco lżejszego prawego. Tu na spokojnie. Tempo 80 jest na tyle bezpieczne by się dobrze bawić i móc zareagować, gdyby komuś z przeciwka przyszło do głowy jechać środkiem lub ścinać zakręt. Potem króciutka prosta by napędzić się znowu do 100+ i znów rollercoaster, tym razem szybki łuk na lewo już rozpoczynający ostry spadek w kierunku fajnie widocznej “eSki” prawo-lewo. Tu już idę 120. Bez odrobiny niepewności jaka zdarzyła mi się na tym odcinku na SV a nawet Huskim. W tym miejscu Apka jest o klasę wyżej jeżeli chodzi o prowadzenie. Wpadam do wioski z ograniczeniem do 30km/h więc chwila oddechu i spokoju. Czas na przemyślenie jak jadę dalej. Rzut oka do góry. Błękit i słońce. Jest dobrze.

Wypadam z wioski i tu kolejny rollercoaster. Mocne opadanie w dół po podwójnej esce. kawałek drogi ze ślepym zakrętem w prawo. Znam go dobrze, wiem gdzie patrzeć by nie dać się zaskoczyć. Ogień! Spadam z prędkościami między 100-130km/h i wpadam w przepust leśny. Tu wolniej bo zakręty są ślepe ale prowokują wielu do szybkiej jazdy i przycinania. Raz już niestety widziałem jak nieomal gość jadący przede mną samochodem prawie skosił lecącego z naprzeciwka KTM-a. Motórzysta ogarnął, mieszcząc się na pasie szerokości 40 cm ale myślę, że krecha na majtach została.

Ja tu jadę zachowawczo i przygotowany na czyjąś głupotę. Często jeżdżę tu też ciężarówką i zbyt wiele widziałem by pozwolić sobie na chwileczkę zapomnienia.

I w takim spokoju przed samą wioseczką doganiam brzydko brązowego Nissana “kysz kysz”, który na skrzyżowaniu podobnie jak ja jedzie na lewo. Tu na lewo będzie szybka jazda od prawej do lewej i odwrotnie. Płaska droga z długimi jak ten tekst naprzemiennymi zakrętami. Gość w Nissanie zaraz za znakiem kończącym teren zabudowany robi mi miejsce, żebym pojechał przodem. Dziękuję bardzo, skorzystam. Zanim jednak, to zerknąłem na niebo. Nie było już fajnie. Wprawdzie tu gdzie byłem ja wciąż świeciło słońce ale tam gdzie się właśnie udawałem wisiała spora, brunatna chmura, z której w bardzo wyraźny sposób lały się hektolitry wody. Trudno, teraz już za późno by coś zmienić. Zawracać też nie było sensu, bo chmura zmierzała w kierunku, z którego właśnie przyjechałem. Asekuracyjnie przed odwinięciem zmieniam mapę z Tour na Rain. Odwijam.

To jedyna droga, na której nie miałem obaw jechać SV-ką 120+ lub szybciej by nieco przećwiczyć lekkie schodzenie z motocykla do zakrętu, czego nawet zdaje się SVka przy wyższych prędkościach trochę wymagała.

Aprilia nie. Przez chwilę jechałem 110-120 ale w lusterku kątem oka zauważyłem, że gość w Nissanie, który tak uprzejmie zrobił mi miejsce miał ochotę mnie pogonić. Nie lubię tego. Na kolejnym prawym do ostrzejszego lewego nakręcam na licznik 140. Apka niewzruszenie wchodzi z zakrętu w zakręt nie wymagając ani dociążania ani nawet schodzenia tyłkiem w stronę zakrętu. Po prostu jedzie zadanym torem a lekki przeciwskręt wystarczy by zacieśnić tor jazdy. Gość w Nissanie widząc to zrezygnował i został daleko z tyłu odpuszczając i tocząc sie raczej już z przepisową 100ką. Ja gnałem dalej w okolicy 130km/h do momentu, aż nie zarejestrowałem kropel deszczu na szybce kasku. Zwalniam do 90tki, obczajam sytuację zostawiając za sobą kręty odcinek drogi i tocząc się w kierunku pobliskiej miejscowości. Tam zdecyduję, jadę dalej czy zawracam i uciekam przed deszczem. 

Oglądam niebo. Nieco dalej nad kolejną mieściną niebo błękitne. Może chmura ominęła to miejsce. Jadę tam, czyli zgodnie z wcześniejszym planem. Decyzja dobra, sucho, słonecznie, tylko wieje. Przez mały tunelik, w którym Apka robi srogi raban wjeżdżam na starówkę, szukam wolnego miejsca parkingowego i postanawiam się zatrzymać na dłużej by ocenić sytuację.

Z kierunku gdzie chcę jechać idzie kolejna deszczowa, dużo większa chmura. Nie ma szans by ominęła to miejsce, nie ma szans by deszcz ominął cokolwiek w okolicy. Ta wcześniejsza odlatuje tam skąd przyjechałem co dobrze wróży, bo ja jadę niejako mocno na prawo od niej, więc trochę jakbym ją objechał dookoła. 

Zmieniam mapę na Tour, wyjeżdżam ze starówki w kierunku mostu na Dunaju. Mocno wieje. Na tyle mocno, że dotychczas bardzo stabilna podczas mocnego wiatru Apka wymaga co jakiś czas korekt toru jazdy. Ale wciąż pozostaje dość niewzruszona i prze pewnie przed siebie. Kolejny odcinek długich, prawie niekończących się zakrętów. Jedynie bardzo silny wiatr sprawia, że postanawiam jednak nie przekraczać 100km/h. Lecę w lewo na most i do kolejnej miejscowości troche się nudzac za wlekącym się Sprinterem. Niestety ślepe zakręty i ciągły ruch z przeciwka uniemożliwia zostawienie go z tyłu. W takiej atmosferze spokoju docieram do kolejnej mieściny, którą szybko przemierzam obserwując jednocześnie niebo i poruszające się po nim chmury. Ta ogromna deszczowa powoli zostaje za moimi plecami, ta poprzednia jest już daleko stąd. Tu mamy słońce. Jeszcze. Udaję się w kierunku kolejnego odcinka dróg, które lubię i znam. Wyjeżdżam z miejscowości, mijam pobliskie lotnisko dla szybowców. Przede mną spory kawałek prostej, zakończony lewym przechodzącym w bardzo ostry prawy zakręt prowadzący do kolejnej wioski. Tu zmieniam mapę na Sport. Na prostej rozpędzam się do ok. 150km/h. Wiatr ucichł więc można. Zanim dojechałem do tego lekkiego lewego wpadłem w równo odgrodzoną jak od linijki strefę wcześniejszych opadów. Tędy szła chyba ta wcześniejsza chmura. No to po zabawie. Woda leje się strumieniami  po drodze, choć już od jakiegoś czasu nie pada. Mapa Rain i spokojne dojechanie do wioski. Postanawiam sprawdzić zasięg opadów. Kieruję się prosto do kolejnej miejscowości za którą jest fajny, kręty odcinek. Gdyby się okazało, że tam gdzieś już nie padało to jeszcze będzie zabawa.

Nie było. Wszędzie lało, nie ma sensu się tam pchać, bo po kawałkach walających się gałązek na drodze wiadomo, że opady były srogie, więc tam, na drodze prowadzącej przez las może być tylko gorzej. Zawracam w kierunku z którego przyjechałem. Docieram do niedawno opuszczonej mieściny. Nie był to wymarzony kierunek, bo teraz zamiast uciekać, jechałem w kierunku tego deszczowego molocha nadciągającego od południa. A tu jeszcze zamknięty przejazd kolejowy. Gaszę silnik i z niepokojem obserwuje chmurzysko. Albo będę mokry albo będzie kolejny dziś fart i nie zmocze tyłka.

Szlaban w górę, manetka w dół, jadę już w kierunku zjazdu na “landówkę” prowadząca do miasta gdzie mieszkam. Kiedy wjeżdżam na landówkę chmura prawie już wisi nade mną.

Landówką cisnę na tyle na ile pozwala rozsądek i nieco poza granicami wyznaczonymi przez przepisy. Po drodze wyprzedzam kilku maruderów. Niektórzy robią mi miejsce. Pewnie sami jeżdża w weekendy i widzą co mnie goni. Dzięki bardzo. Wpadam do miasta. Chmura jeszcze dość daleko ale tam u góry musi srogo wiać, bo przemieszcza się niewiarygodnie szybko i rośnie w oczach. Przez miasto możliwe najszybszą drogą do domu. Ostatnie metry to już moja okolica i Zone 30. Chmurę widzę już niemal nad naszym budynkiem. Olewam Zone 30, pruje czasem pod 70km/h jakby się paliło. Wpadam w ostatni zakręt do parkingu. Na wyjściu odwinąłem tak, że TC zamigało wszystkimi lampkami. Ja nic nie poczułem. Zaparkowałem, jeszcze blokada na tarcze i do drzwi. Kiedy wkładam klucz spadają pierwsze ogromne krople. Wygrałem!

Pod każdym względem. Także w wyborze motocykla. Dawno nie miałem tak zwariowanej przejażdżki. Dawno też nie miałem tego uczucia na motocyklu, że gramy w jednej drużynie. Kryptowariatka przyjmowała podania i podawała kiedy i jak trzeba. Zawsze bezbłędnie, zawsze w pełnej symbiozie. Oboje nie chcieliśmy dziś zmoknąć na trasie. Aż mi było głupio, że nie starczyło czasu by zarzucić na nią pokrowiec, bo niestety minutę później i tak była już cala mokra. Ale zrobiła wszystko co było możliwe bym ja nie musiał tego doświadczyć. 

Pozostaje mi tylko nadzieja, że po tej i kolejnej ulewie w dniu dzisiejszym mimo wszystko jutro lub pojutrze przybije mi piątkę i znowu zagramy w jednym teamie. Oby w bardziej sprzyjających warunkach.




Komentarze : 2
2021-05-12 17:18:55 thrillco

@ Gie-na-2oo tak juz od dłuższego czasu to widze i nawet chyba wspomniałem, że kogos dupa strasznie boli, bo staram sie pisac poprawnie, do tego dokonuję potem korekty błędów itp...ale...No kogoś dupa boli, pytanie czy z powodu traści, stanu posiadania czy po prostu nie lubi, że piszę. Uj mu w d... Moge sie tylko domyslać kto to taki.
Co do samej jazdy Vką...Ja nie mam doświadczenia z typowymi V-kami a wyąłcznie z silnikami w ukłądzie V2 o rozwarciu 90st czyli L. One sa bardzo specyficzne. Jeździ mi sie coraz lepiej i czasem sam niewierze na ile sam sobie na tym motocyklu juz pozwalam (po ok 600km), bo opona juz praktycznie pozamykana.

2021-05-11 17:27:54 Gie-na-2oo

Chyba masz czytelnika z bolem tylka (patrz oceny)

Bardzo przyjemny i konkretny opis pierwszych dni z nowym moto. Czulem sie jak przy ogladaniu odcinka scigacza, jeszcze z Barrym w roli glownej ;)

Musze przyznac ze nigdy nie jezdzilem na moto z silnikiem w ukladzie V, i jestem bardzo ciekaw jak to lata, zwlaszcza po takich opisach jak ten kiedy w glowie slysze ten specyficzny dzwiek falki. Trzeba kiedys sprobowac, poki co jezdzilem tylko rzedowkami i singlami.

Po tym opisie wydaje mi sie, ze to bedzie typowo latynowski zwiazek, pelen uniesien i romantyzmu, oczywiscie mowie o Tobie i Apce. Baw sie dobrze

  • Dodaj komentarz